Gadułą się nie bywa. Gadułą się jest

Tu należy się słowo wstępu, mianowicie założyłam sobie, że opowiadanie będzie na bazie trójkąta (w tym przypadku romans, podróże, adrenalina – stąd historia, która krąży wokół tych 3 tematów).

-Cześć Robert. Co u Cie…?
– Cześć Misza. Słuchaj, mój terapeuta twierdzi, że mam problem z adrenaliną. Jaki problem?! Od kiedy szukanie mocnych wrażeń to problem? Dopiero wróciłem z Chin, gdzie miałem okazję pobić swój rekord w skoku na bungee. Macau Tower – bo stamtąd skakałem – ma aż 233 metry. Szczerze mówiąc wrażenia niesamowite. No i ten widok, kiedy wjeżdża się na górę… Naprawdę robi wrażenie! Dr Zawada twierdzi, że to uzależnienie od adrenaliny kiedyś mnie zabije. Ależ bez przesady! Jestem poważnym człowiekiem, prowadzę dużą firmę, pracuję na okrągło, to chyba można chcieć czasem odpocząć? Zaczęło się od tanich lotów i spontanicznych wyjazdów. Ale gdy już zjeździłem pół świata, każdy kolejny wyjazd był prawie kopią poprzedniego. Ten sam schemat: bilet, samolot, hotel, imprezy, drinki, śliczne dziewczyny na jedną noc. Nuda! Cóż miałem robić, musiałem sobie jakoś to urozmaicić. Próbowałem różnych rzeczy od kitesurfingu, offroadów, aż po powożenie w maratonach. Po latach prób ograniczyłem się do dwóch sportów: zimą jeżdżę na freeride – znaczy wiesz, taka ekstremalna jazda na snowboardzie w świeżym puchu, a przez pozostałą część roku podróżuję w poszukiwaniu nowych, wyższych i trudniejszych bungee. Dosłownie przedwczoraj Jacek, pamiętasz go ze szkoły, on był w A – mój dobry druh i współpracownik, polecił mi nową odmianę bungee, taką wystrzeliwaną… Najprościej mówiąc – jest się przypiętym do standardowej uprzęży, gumy naciąga się jak w procy i fiuuu, już człowiek leci w górę. Nie mogłem się powstrzymać i już zabukowałem lot i hotel.  Wylatuję w przyszły czwartek. Nie powinienem chyba tego głośno mówić, ale ostatnio tak się schlałem, że taksówkarz mnie odprowadzał do pokoju. Wiem, wiem, wstyd. No już nie patrz tak na mnie… Ale, ale, prawie zapomniałem Ci powiedzieć, że poznałem w Austrii Susie. To było chyba z dobry miesiąc temu. Tak, dokładnie miesiąc i trzy dni. Pamiętam dokładnie, bo wtedy Aśka złożyła wymówienie w firmie.
Wracając do meritum: Susie, 34-latka, urocza pani neurobiolog. Przegadaliśmy całą noc, wylądowaliśmy u niej w łóżku, poza tym nic niesamowitego się nie wydarzyło. Wymieniliśmy się numerami, mailami, adresami. Niestety ja miałem samolot następnego dnia o 16, ona o 21. Nie mieliśmy dla siebie za dużo czasu. Każde z nas rozjechało się w swoją stronę. Obawiałem się, że sprawa się tak skończy, a przecież jestem facetem, który wie czego chce i wie jak to zdobyć, więc odczekałem ze 3 dni, co by nie wyjść na psychola i próbowałem się z nią skontaktować. Wszystkimi sposobami. Po 18 wiadomościach nagranych na skrzynce, 45 smsach i 3 strasznie długich mailach, poddałem się i uznałem, że pewnie ma męża i nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Odpuściłem, pracowałem, w międzyczasie byłem w tych Chinach, znowu pracowałem, aż do dzisiejszego ranka, kiedy przeglądając skrzynkę zobaczyłem od niej maila… No nie uwierzysz, ale Susie mówi, że właśnie się dowiedziała, że ma HIV i żebym też się lepiej przebadał. KTO TAKIE INFORMACJE PISZE W MAILU?! Nawet nie zadzwoniła, żeby mi to powiedzieć. Pewnie się bała, czy coś. Nie wiem. No więc od razu zadzwoniłem do Ciebie, musiałem się z Tobą zobaczyć. Misza, przecież ja muszę chyba jakieś badania zrobić. A co jak ja też to mam? Niee, to niemożliwe. A co jeśli tak? Robert, opanuj się… oddychaj. 1,2,3,5,6,12… Dobra, jest okej. Chyba zadzwonię i umówię się od razu do dr Zawady. Może on mi kogoś poleci.
Ale się rozgadałem, a tak właściwie to co u Ciebie?

Jestem

Mówiłam wam, że mam zespół? Nie? To już mówię. Ja mam na imię Stefka, piszę teksty i gram na perkusji. Oprócz mnie oczywiście jest też nasza gwiazda – narcystyczny, upierdliwy Olek, który na dodatek nie lubi wódki. Ale za to sytuację ratują: Maciej zwany powszechnie Bułą – nasz gitarzysta, który poza gitarą i swoją dziewczyną świata nie widzi, Iwo – basista i gość okazjonalnie koncertujący na ukulele. Iwo lubi pierogi, ale nie znosi słowa „podgardle”. To tyle o ludziach.
Zaczynaliśmy jako kapela grająca ostrego rocka, ale ostatnio znacznie zmieniliśmy swój profil. Szukam nowych inspiracji. Staram się odkrywać te obszary muzyczne, którymi do tej pory nie zaprzątałam sobie głowy. Podczas jednej z prób, wpadliśmy z chłopakami na pomysł, że może przydałyby się nam jakieś chórki. „Fajnie – pomyślałam, ale przecież oprócz tego, że nie mamy takich piosenek, to nasza muzyka przecież zupełnie nie pasuje do 4 dziewczyn śpiewających w tle wysokie cis”, postanowiłam jednak nic im nie mówić i zobaczyć jak cała sytuacja się potoczy. Nie uwierzycie, ale Olek zaproponował, żebyśmy zrobili kilka aranżacji z wiolonczelą (jak go znam to pewnie bardziej mu chodzi o tę wiolonczelistkę…). Na początku zupełnie nie byłam przekonana, ale postanowiłam, że może to jest jakaś myśl i warto spróbować. Nazajutrz rozpoczęliśmy poszukiwania nowych muzyków do naszej ekipy. Iwo cały czas szeptał mi, że nie wydaje mu się, żeby to był dobry pomysł, ale nie chciał denerwować Olka, więc musiał się ugryźć w język. Po rozesłaniu wici zgłosiło się do nas kilka dziewczyn. Postanowiliśmy urządzić przesłuchanie. Okazało się, że 3 z nich są naprawdę kompetentne, co więcej – bardzo ładne. Patrzyłam na chłopaków, widziałam ich rozochocone twarze i już wiedziałam, że je weźmiemy. Stan na ten moment wygląda tak: perkusistka, wokalista, gitarzysta, basista, 2 chórzystki i wiolonczelistka. Usiedliśmy wspólnie w naszej „próbowni”, a po kilku piwkach tak rozwiązały nam się języki, że propozycje na nowe kawałki zaczęły się sypać jak z rękawa. „Może nie będzie tak źle – pomyślałam i znacząco spojrzałam na Iwo”. Po kilku kacach, kiedy wszyscy byliśmy w miarę żywi i zdolni do pracy, zaczęliśmy ćwiczyć. Nie zaprzeczę – było między nami trochę spięć (zgadnijcie, kto jest najbardziej konfliktowy?), ale w sumie pracowało nam się całkiem dobrze. Dziewczyny (Asia i Pola, które śpiewają i Anka, która przygrywa nam na wiolonczeli) są super, dobrze nam się rozmawia, praktycznie od razu złapały jaki efekt chcemy osiągnąć. Zastanawiamy się poważnie czy tego projektu nie przeciągnąć i nie nagrać z nimi całej płyty. Anka sama zaoferowała się, że zaprojektuje nam okładkę nowego krążka, mówi też, że musimy sobie nowy brand wypracować. Nie wiem co to w ogóle znaczy, ale potulnie zgadzam się i uznaję, że skoro się zaoferowała – niech działa. Kurczę, naprawdę wydaje mi się, że w końcu trafiliśmy na dobry tor. Muzycznie jestem o nas spokojna, bardziej martwi mnie tylko możliwość, że moi mężczyźni zaczną się dobierać do dziewczyn i zrobi się naprawdę niezły sajgon, a z naszej płyty – nici. Ale Buła mnie cały czas uspokaja, mówiąc, że na takich dziwaków nikt się nie skusi. Cóż, patrzę właśnie jak próbują zjeść na raz jak najwięcej cukierków i myślę, że chyba ten Buła to jednak ma rację.

Na start

Dwa słowa wstępu: wszystkie teksty publikowane są moją własnością.
W dzisiejszym opowiadaniu założyłam sobie, że jedną historię opiszę z 3 perspektyw. Czekam na opinie 🙂

Obudziłam się, bo jasne światło jarzeniówek nade mną przebijało się przez moje szczelnie zaciśnięte powieki. Kątem oka zobaczyłam krzątających się koło mnie zielonych ludzi. Nie, wcale nie kosmitów, a jedynie lekarzy- jak się później okazało. Nieświadoma co się dzieje, patrzyłam na to jak na jakiś przyrodniczy film na Animal Planet… Chyba zemdlałam. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo nic więcej nie pamiętam. Jak teraz o tym myślę, to przypominam sobie, że lekarze i pielęgniarki mnie uporczywie o coś wypytywali. Pewnie czy jestem na coś uczulona. Rozejrzałam się gdzie właściwie jestem. Do cholery, ale tu zimno. Jestem w jakiejś dziwnej sali, nikogo tu nie ma. Przepraszam, czy ja na coś tu czekam? Wszystko mnie boli, nie mogę się podnieść. Albo nie mam na to siły, sama nie wiem, chęci właściwie też nie. Zimno mi. Znajdzie się tu dla mnie jakiś koc? Odpowiedziała mi tylko głucha cisza.

Kiedy dowiedziałem się, że Monika miała wypadek z przerażeniem rzuciłem wszystko i pognałem do szpitala. Szefowi w drzwiach krzyknąłem, że muszę wyjść. Jak na złość samochód postanowił zastrajkować. Kiedy w końcu, po 3 próbach odpalił, ruszyłem najszybciej jak mogłem. Na izbie przyjęć ruda, znudzona pielęgniarka niechętnie spojrzała w stos papierów i głosem skrzeczącej żaby powiedziała „Żona jest teraz badana, niech tu siada i czeka”. Próbowałem siedzieć i czekać spokojnie, ale adrenalina krążąca po moim ciele sprawiała, że nie byłem w stanie wytrzymać w jednej pozycji dłużej niż 18 sekund (wiem, bo mierzyłem). W myślach jak mantrę powtarzałem sobie „będzie dobrze, będzie dobrze”. Po półgodzinnym, nerwowym spacerze od żółtej ściany do czerwonej, moja cierpliwość się wyczerpała. „Czy w tym szpitalu są w ogóle jacyś lekarze?! Proszę mi natychmiast powiedzieć co z moją żoną!” – warknąłem dość głośno na rudą żabę za biurkiem, niechcący zwracając na siebie uwagę całej poczekalni. „Siada i czeka” – to jedyne co usłyszałem.

A tak przyjemnie zacząłem dzień! Najpierw basen, sauna, później skoczyłem na szybkie śniadanie do pobliskiej knajpy. Tego dnia serwowali pyszne, cieplutkie panini. Wydaje mi się, że wyczułem tam miętę. Nie jestem krytykiem ani znawcą, ale to chyba dlatego były takie smaczne. Zrelaksowany, udałem się do szpitala, gdzie o 9 zaczynał się mój dyżur. Tradycyjnie – rozgościłem się w biurze, poprosiłem Gosię o zrobienie kawki i czekałem na tony papierkowej roboty, która zazwyczaj przybywa do mnie z miłym uśmiechem Doroty dokładnie o 9.40. Po wypełnieniu formularzy a540, a620, eGTH23-9 i najtrudniejszego u78 postanowiłem się zdrzemnąć. Gdy otworzyłem oczy zobaczyłem tylko długą białą rajstopę, znad której usłyszałem „Doktorze Gugała, doktor Dziurka już idzie, więc niech Pan szybko wstanie, mamy ranną z wypadku”. Cóż było robić, poinstruowałem treściwie, acz krótko Bożenę, sam wdziałem moje najnowsze szare, szalenie wygodne buty i powoli wytoczyłem się z dyżurki. „A niech to – pomyślałem, miałem nadzieję, że dzisiaj nic się nie będzie działo”, szczerze mówiąc liczyłem, że dzisiaj sami emeryci z nadciśnieniem się u nas zjawią. Niestety, ale nie dane było mi tego dnia odpocząć w pracy. Usłyszałem tylko „Monika, lat 34…” i już wiedziałem, że to była moja ostatnia kawka na dzisiaj.