Teksańska masakra w Poznaniu

Dzisiaj w formie pamiętnikarskiej.

W końcu przyjechałem. Z tego co czytałem przed przylotem tutaj, to spodziewałem się znacznie zimniejszej i paskudniejszej pogody. Spoko, na razie nie jest źle. Cool, maaan!
Mama mi zawsze opowiadała, że w Europie jest inaczej niż u nas. Tata – oczywiście – mówił, że gorzej… Stały numer! Zawsze tak ją podpuszcza, żeby tylko się głupio posprzeczać. W końcu mam okazję się sam przekonać.
No dobra, może nie wiem jak jest w Irlandii, bo wylądowałem tu. Najpierw miłe zaskoczenie – pogoda, potem jeszcze jedno – tania taksówka! Kierowca łamaną angielszczyzną starał się zabawiać mnie rozmową. Doceniam, bo sam potrafię na razie tylko burknąć „dzienks”. Miałem wrażenie, że chyba źle to wypowiadam, bo gościu spojrzał na mnie jak na kosmitę. Muszę to wszystko zapisywać, bo teraz to jeszcze pamiętam, ale jak się znam, to w czwartek już zapomnę. A obiecałem sobie przecież, że to będzie przygoda życia!
Kolejne zaskakujące dla mnie rzeczy pojawiły się już w drodze z lotniska. Pierwsza moja myśl „Oh God, jakie małe i ciasne są te drogi; a samochody jak dla hobbitów”. Ani Trevor, Jason a już tym bardziej Mason NIGDY by czymś takim nie jechali. Laski nie lubią facetów w autach wielkości puszki po coli!
Jak to jest duże miasto, to ja jestem hiszpańska inkwizycja. Droga z lotniska zajęła nam 20 min. Please, to nasz najbliższy Wallmart mam 45 min drogi od domu. Dobra, wylazłem z taksówki; zmieniam zdanie – jednak nie jest tak ciepło.
Kiedy już udało mi się wtaszczyć walizki na 5 piętro (bez windy!) z rozpaczą popatrzyłem na swoje nowe lokum. To za taką klitkę płacę tyle siana?! Jak ja tu mam parties wyprawiać, na tych – zgodnie z umową – 86 metrach?!
Serio, to był pierwszy raz kiedy pomyślałem o powrocie… Szybko poszło, obstawiałem 3 dni. No, ale nic, trzeba się było wypakować i wypadałoby coś zjeść. Taaak, wypadałoby, ale byłem zbyt głodny, żeby czekać, więc od razu zlazłem z tego cholernego 5 piętra i udałem się w poszukiwaniu jakiegoś jedzenia. Moja radość sięgnęła zenitu, gdy po długim łażeniu (chyba ze 3 razy okrążyłem te wieżowce) dojrzałem w oddali McDonald’sa! Jak już się najadłem to chciałem wrócić na ul. Kościuszki (nie wiem kto w ogóle jest w stanie to wypowiedzieć, w moim wykonaniu to brzmi na razie jak Koziuski), ale ni diabła nie potrafiłem. To miasto to jakiś pieprzony labirynt! Zaczepianie ludzi na ulicy też niewiele pomagało.
TRZEBA BYŁO JECHAĆ JEDNAK DO IRLANDII (liczę to jako drugi raz). Ręce to miałem aż czerwone, tak zmarzłem. Damn, to nie będzie przygoda życia, ale błąd życia… Ian, for God’s sake stop this bullshit.
Dobra, jak już ogarnąłem gdzie jestem postanowiłem wskoczyć do sklepu. Kupiłem najpotrzebniejsze rzeczy, btw – sklepy też mają tu małe i ciasne. Co to za kraj jest?!
A, i nikt się tu nie uśmiecha. Nic dziwnego… Przy takiej pogodzie! Szkoda, że na moje „how are you” najczęstszą reakcją jest konsternacja. Mam nadzieję, że jak już zacznę te studia za dwa tygodnie, to że ludzie będą bardziej ogarnięci.  Wróciłem zmarznięty, znowu byłem głodny (tu chyba te porcje w macu są też mniejsze?). W tym śmiesznym tycim sklepie kupiłem sobie coś dziwnie wyglądającego, nazywa się pierogi. Pojęcia nie mam co to jest, ale to jest chyba 3 słowo jakie poznałem po polsku. Ahh, te Internety! Dobra, boję się, ale próbuję. Smakuje jak rozwodnione pulpa, wygląda wcale nie lepiej.
„Czas wracać” – to był trzeci raz jak zwątpiłem w mój przyjazd tutaj. Miranda wiedziała, że tak będzie. No, ale przecież nie powiem jej, że miała rację. Postanowiłem być twardy i wytrzymać ten rok. „Zwariuję w tej ciasnocie” – pomyślałem, to też postanowiłem udać się na spacer, z nadzieją, że tym razem nie zgubię mojego wewnętrznego GPSa. W sumie spacerowałem chyba ze dwie godziny. Centrum jest naprawdę ładne… takie inne. Nie wiem jak te budynki się nazywają, ani dlaczego tak wyglądają. Strzelam, że są superstare.
Dzisiaj jest wtorek, a tu łazi tyle osób z piwem, że zacząłem się zastanawiać czy oni tak zawsze, czy jest jakaś impreza, o której nie wiem. Piwo mają też dziwne. Całkiem dobre, chociaż na początku jest tak gorzkie, że nie da się go pić. Spoko, że chociaż w knajpach da się dogadać po angielsku. Dobrze, że wymieniłem sobie kasę wcześniej, bo tu nigdzie nie honorują dolarów. To niby jest europejski kraj? Słabo!
Ale za to poznałem tam kilka fajnych osób: Andrieja, Idę, Bartka i Mariusza. A no i Mary, znaczy oni jakoś inaczej na nią mówili, ale już nie pamiętam jak. Pierwszy raz w życiu piłem prawdziwą polską wódkę. Umiem już przeklinać! Ranek nie był tak przyjemny jak wieczór go poprzedzający. God, w życiu nie miałem takiego kaca (hangover maksymalny). Ja nie wiem jak oni to mogą pić i nie umierać. Przecież ta wódka to trucizna jest. Jak już się obudziłem to zobaczyłem 5 nieodebranych. No tak, podałem im przecież mój numer. W ogóle tego nie pamiętam! Aż boję się ich pytać co wyprawiałem. Moja panika okazała się przedwczesna, okazało się, że przegiąłem z alko, a oni po moim wybełkotanym Koziuski doprowadzili mnie do mieszkania. Cóż za lovely people.
Umówiliśmy się na dzisiaj (o ile dam radę) na pierogi. Ida mówi, że musiałem je źle zrobić. Więc dzisiaj pierogi podejście numer dwa.
P.S już jestem po – nadal wolę fish&chips, ale te były naprawdę dobre. I to był pierwszy raz kiedy pomyślałem, że będzie fajnie.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s