Sad Ann

„Czuję się taka samotna” – pomyślała Ann siedząc samotnie w czwartkowy wieczór. Za oknem ponuro świszczał wiatr i jak na złość skończyło jej się wino. Dopiła to co miała, ze smutkiem popatrzyła na ekran telefonu, gdzie jak zwykle nie było żadnych powiadomień, z nieukrywaną frustracją burknęła do siebie tylko „meh” i uznała, że jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest się wturlać pod kołdrę i przepoczwarzyć się w burrito of sadness. Jak pomyślała tak też zrobiła.

Po 23 minutach rozpaczliwej konstatacji nad swoim żałosnym życiem, Ann niewiele myśląc włączyła swój stały polepszacz humoru – jej najwierniejszy towarzysz – film. Bardzo mocno musiała się wysilać i nadwyrężać swoją silną wolę, byle tylko nie pobiec do lodówki po przepyszne opakowanie lodów czekoladowo-miętowych…

„Nie, chwila, przecież te zjadła przedwczoraj. Ha, jeszcze lepiej, mam przecież jeszcze sorbet pomarańczowy!” – pomyślała Annie.

W tym właśnie momencie toczyła się wewnętrzna, bardzo zacięta walka między jej wrodzonym, chorobliwym wręcz lenistwem, a potrzebą wszamania litrowego opakowania jej ulubionych lodów. Po wysunięciu paluchów spod kołdry uznała, że jednak aż tak bardzo jej się nie chce tych zamrożonych cudów… obędzie się, a co! Kiedy w końcu zdecydowała się na jakiś film (w opisie dystrybutora rewelacyjna komedia, arcydzieło i inne takie) zadzwoniła do niej babcia, zwana w rodzinie potocznie Bibi.

Bibi miała to do siebie, że bardzo dbała o całą rodzinę. Czasem aż przesadnie, jednak nie można tego uznać jako wadę. Ale za to jej uporczywe nękanie swoich wnuczek (Bibi nie doczekała się wnuka, co przyjęła nie najlepiej, okazując swoje rozczarowanie i dezaprobatę swoim córkom i synowym) czy aby jeszcze zdąży zostać prababcią już jak najbardziej tak.

Gdy więc Ann zobaczyła, że Bibi nie daje za wygraną, wzięła 3 głębokie wdechy i ze sztucznie żywo-wesołym głosem odebrała:

„Cześć, Bibi! Jak się masz? Co u Ciebie?”

„Annie, taka jestem zmęczona. Nikt mi tu nie pomaga! Matt wyjechał z Rose, Andy ciągle pracuje, reszta to już w ogóle o mnie zapomniała. Normalnie szkoda gadać. Ale wiesz co jeszcze? Skasowali mój ulubiony serial! Wyobrażasz to sobie?! Myślałam, że nigdy takiego dnia nie dożyję!”

„Bibi, zadzwoń do Mamy, ona przyjedzie i Ci we wszystkim pomoże. A serialem się nie przejmuj. Na pewno znajdziesz jakiś inny” – powiedziała Ann, licząc w duchu, że dzisiaj nie będzie obowiązkowego wałkowania jednego, stałego tematu.

„Wnusiu, a kiedy przyjedziesz? Może przywieziesz ze sobą jakiegoś miłego mężczyznę? Wiesz, że chciałabym zostać prababcią. A nie mam już dużo czasu. Poza tym Ty jesteś najstarsza… Kto to widział, kochanie, żebyś w twoim wieku, bez męża była. Ja to wtedy już urodziłam wujka Toma, Bena i ciocię Margaret!”

A jednak, nigdy nie odpuszcza – pomyślała Ann i zastanawiała się której ze 88 wymówek użyć dzisiaj.

„Bibi, tłumaczyłam Ci już, że nie mam czasu. Dużo pracuję… zatrzymują mnie w redakcji, a później jeszcze muszę biec na uczelnię, żeby prowadzić zajęcia z tymi świeżakami. A jeśli chodzi o mężczyznę, to chwilowo nie mam na to ochoty. Poza tym, babciu, czasy się zmieniły, już nie potrzeba męża do życia. Radzę sobie świetnie sama”

„Ja wiem, wiem. Wszyscy jesteśmy z Ciebie bardzo dumni. Ale może musisz się bardziej postarać. Ubierz się jakoś ładniej, no przecież taka z Ciebie śliczna dziewczyna! Ja nic nie rozumiem. Pewnie za dużo grymasisz. Nie bądź taka wybredna.”

„Mhmm, postaram się. Przepraszam, ale właśnie ktoś zadzwonił do drzwi. Muszę kończyć. Całuję! I nie zapomnij zadzwonić do Mamy. Buziaki, cześć” – Ann nerwowo naciskała czerwoną słuchawkę.

„Ona się nigdy nie zmieni, zawsze to samo. Szkoda, że nie wspomniała, że Julie jest ładniejsza i szczuplejsza. Ona nie ma problemu z facetami… Taa, wręcz przeciwnie. Gdybyś Ty ją Bibi widziała… Szybko uznałabyś, że ten mój celibat nie jest taki najgorszy.” – gorzko pomyślała Ann i wróciła do oglądania filmu.

Jak to zazwyczaj bywa, prawo serii zadziałało i dziś. Kiedy wydawało się, że dzień nie może być bardziej ponury, film okazał się łzawym romansidłem, które komedii na oczy nie widziało. Ba, komedia to jakiś odległy kontynent, niezbadany najwyraźniej przez tego miernego reżysera. Na domiar złego tu pojawia się gwóźdź do trumny Ann. Mianowicie główny bohater nazywa się Thomas Fishman, a ostatnią niespełnioną, bolesną i wciąż nieprzetrawioną miłością był… Thomas Fisher. Dla Ann to był definitywny koniec wszelkiego oglądania na dziś i początek maratonu rozpaczy. Już wiedziała, że cały weekend będzie myślała tylko o nim. Kiedy po raz kolejny rozważała dlaczego, jak i po co (przez ostatnie 3 miesiące powtarzała sobie te pytania przynajmniej 4 razy dziennie), uznała, że chyba jednak urodziła się w złych czasach i może jednak Bibi ma rację, że za długo ze wszystkim zwleka. Mało tego, zaczęła żałować, że już nie istnieje instytucja swatki i małżeństwa aranżowane pojawiają się tylko w melodramatach rodem z Bollywood’u.

„O Boże, o czym ja myślę. To z braku cukru!” – pomyślała i prędko wygrzebała się z piernatów w poszukiwaniu sorbetu pomarańczowego.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s