W kropce

Rzadko mnie coś rusza. Serio. Zazwyczaj funkcjonuję sobie w swojej przestrzennej dziupli, jest mi tam dobrze. Metaforycznie.

Niektórzy mówią, że nie mam serca, usłyszałam też już, że jestem zimną suką (no, troszkę uprzejmiej gwoli ścisłości). Zazwyczaj po prostu mówią, że jestem gruboskórna. I pewnie mają rację. Od bardzo dawna zastanawiam się jak wzbudzić w sobie empatię. Albo czy to właściwie możliwe? Bo może trzeba się z taką cechą/właściwością/nawykiem (sama nie wiem) urodzić?

Czy to normalne, że nie wzruszają mnie historie ludzi naprawdę pokrzywdzonych? Zazwyczaj po prostu wzruszę ramionami, powiem coś w stylu: ale biedni… i żyję dalej. Rozczulają mnie psy, ale nawet nie te skatowane, poniewierane, nie te smutne oczy w schroniskach. Jestem tak płytka, że serce mi mięknie przy tych ślicznych, a jak są śliczne i duże to już w ogóle! Boję się, że coś jest ze mną nie tak.

Ale jest taki jeden co mnie rozbija na milion kawałków. I nie wiem co mam z tym faktem zrobić. Na potrzeby tej narracji nazwijmy go Inżynier Madziar. Bujam się z nim od ponad roku. Nic właściwie się nie przesuwa do przodu. Widzę, że krążymy wokół tematu nie mówiąc o nim zupełnie. Wydaje mi się, że moje sygnały są na tyle czytelne, że byle kretyn patrząc na nas z boku przez 3,5 min byłby się w stanie zorientować co się dzieje. A Inżynier Madziar nic. Mało tego, kiedyś uznałam, że nie będę się po babsku z tematem wozić, tylko od razu wyłożę kawę na ławę… Też nie zrozumiał. Do tematu nie wracaliśmy. Wszystko super, ale nie satysfakcjonuje mnie ani obecny kształt tej relacji (no bo co to właściwie jest? ni pies ni wydra), ani częstotliwość spotkań (oczywiście czysto platonicznych). Rozmawia nam się super, nie możemy się nagadać. Ale co z tego, skoro nawet nocowania u siebie nic nie zmieniają. W takiej sytuacji mój głos rozsądku i racjonalności leje mnie ostro w twarz: opanuj się, przestań marzyć, on nic do ciebie nie czuje i to się nigdy nie zmieni. Ale z drugiej widzę jak na mnie patrzy, robi takie drobne, mikroskopijne wręcz gesty, które sprawiają, że już sama nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Wiem, dzieciarnia. Żadne z nas nie potrafi chyba tego zmienić. Nie wiem czy to takie sieroctwo z nas wychodzi, ale po każdym spotkaniu mam sieczkę w mózgu. Problemem najaktualniejszym jest to, że za 2 tyg wyjeżdżam na pół roku, a dokładnie za pół roku (pewnie nawet się nie zdążymy w przelocie zobaczyć) on wylatuje. W takiej sytuacji chyba nie ma najmniejszego sensu się w coś angażować… Moje durne koleżanki mówią, że „albo szybko się wszystko dzieje albo wcale”, a u nas tempo żółwie, jeśli nie wolniejsze. Moje mniej durne koleżanki z kolei mówią, że mam się brać, bo pasujemy do siebie idealnie. I co tu robić? Komu wierzyć? Sobie? Najtrudniej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s